Tym razem wpis z kategorii mieszanej.
Pierwszego września wystartował kolejny, siódmy już, sezon nowego Doktora. Postanowiłam nie oglądać go na bieżąco, na wypadek, gdyby BBC Entertainment się obudziło i przerwało na chwilę maraton "Totalnej Rozgrywki". Zdecydowałam też, że przydałoby się powtórzyć sobie sezon piąty i szósty, co powinno ułatwić zrozumienie siódmego, oraz podsumować wszystkie poprzednie. Na początku planowałam zwyczajne Top 10 odcinków, ale w trakcie pisania okazało się, że za nic nie jestem w stanie ich poukładać, poza tym, chciałabym również wymienić epizody, które uważam za najgorsze. I tak oto powstał ten przewodnik.
Pierwszego września wystartował kolejny, siódmy już, sezon nowego Doktora. Postanowiłam nie oglądać go na bieżąco, na wypadek, gdyby BBC Entertainment się obudziło i przerwało na chwilę maraton "Totalnej Rozgrywki". Zdecydowałam też, że przydałoby się powtórzyć sobie sezon piąty i szósty, co powinno ułatwić zrozumienie siódmego, oraz podsumować wszystkie poprzednie. Na początku planowałam zwyczajne Top 10 odcinków, ale w trakcie pisania okazało się, że za nic nie jestem w stanie ich poukładać, poza tym, chciałabym również wymienić epizody, które uważam za najgorsze. I tak oto powstał ten przewodnik.
Sezon 1
And everybody lives, Rose! Everybody lives! I need more days like this.
And everybody lives, Rose! Everybody lives! I need more days like this.
Wybitnym odcinkiem jest podwójny "The Empty Child" i "The Doctor Dances". Okupowany Londyn, genialna bohaterka gościnna, historia w sam raz skomplikowana i straszna, no i pojawienie się Jacka Harknessa - to już dość, żeby uczynić je jednymi z najlepszych. Może nawet bez Jacka byłyby świetne. Stopień niżej, bo bardzo dobry, jest "The Unquiet Dead". Zasługuje na tę ocenę już za samą Gwyneth i Dickensa, ale dobrzy są też kosmici i pierwsze pojawienie się Złego Wilka. Na podobnym poziomie są odcinki finałowe, jeśli jest się odpornym na Rose i Wielkie Uczucie między nią a Doktorem. Reszta trzyma poziom dobry (chyba, że ogląda się je w kółko. Wielki błąd). Osobiście nie znoszę tylko "Father's Day", ale to przez Rose. Ogólnie jest to chyba jeden z najlepszych sezonów - nawet mimo Rose, która jest tak zwykła, że mam ochotę udusić ją ręcznikiem, a potem ogłuszyć wszystkie jej rzęsy, które na pewno żyją własnym życiem. Christopher Eccleston był pierwszym Doktorem, którego poznałam, i wciąż lubię go tak samo, jak Tennanta. Nawet z tymi uszami.
Sezon 2
You are the best. You know why? 'Cause you're so thick! You're Mr. Thick Thick Thickety Thickface from Thicktown. Thickania! ... And so's your dad.
W tym sezonie przeważają odcinki solidne. Genialny jest "The Girl in the Fireplace", nie tylko przez Madame Pompadour, ale również dzięki Głównym Złym Z Kosmosu, którzy są naprawdę upiorni. Gdzieś pomiędzy wybitnym a dobrym pętają się "Love & Monsters", "The Idiot's Lantern", "The Impossible Planet" i "Fear Her". Cała reszta jest po prostu dobra, niestety, włącznie z finałem. A może to tylko mnie niespecjalnie rusza rozdzielenie Doktora i Rose, za to bardzo drażni, że ten pierwszy przez całe trzynaście odcinków nie potrafi wymówić trzech słów. Szkoda tylko, że zmiana towarzyszki Doktorowi nie pomogła, bo przez cały następny sezon będzie emował.
Sezon 3
People assume that time is a strict progression of cause to effect. But actually from a non-linear, non-subjective viewpoint it's more like a big ball of wibbly-wobbly timey-wimey... stuff.
W tym sezonie jest chyba najlepszy odcinek w historii nowego Doktora - "Blink". Wszystko, od Aniołów, przez główną postać gościnną, do rozmowy z Doktorem, jest genialne. W dodatku można go oglądać osobno, więc nie ma nic lepszego, jeśli chce się wciągnąć w Doktora niechętnych znajomych. W porównaniu do niego blednie nawet bardzo dobry "The Shakespeare Code", mimo mojego ulubionego odwołania do przeszłości i świetnych wiedźm (nie wspominając już o zaklęciu. Jeśli kiedyś jeszcze trafię w okolice Globe, na pewno skończę wrzeszcząc "exspelliarmus!" i strasząc innych turystów). Równie dobry jest otwierający serię "Smith and Jones", późniejszy "Gridlock" i "The Lazarus Experiment". Zupełnie średni i nijaki jest "42", który jeszcze za pierwszym razem był dość emocjonujący, ale za drugim już zupełnie przestał. Dwa odcinki z Dalekami ranią mnie o tyle, że podczas oglądania tego sezonu miałam ich już zupełnie dość - no bo ile można patrzeć na kolejne reinkarnacje pieprzniczko-solniczek z przepychaczami do zlewu?! Tyle dobrego, że nie ma ich w finale, który dzięki temu robi naprawdę duże wrażenie. Martha Jones, która przez całą serię koncentruje się na słuchaniu Doktora i wzdychaniu do niego (zwłaszcza w "Human Nature" i "Family of Blood". Miałam pecha oglądać te odcinki pięć razy, co ostatecznie mi je zepsuło) tutaj naprawdę pokazuje na co ją stać. Wybaczcie mój klatchiański, ale trudno to określić inaczej niż czysta zajebistość. Przyznaję to z bólem: jest lepsza nawet od dwóch moich ulubionych towarzyszek, bo całe ratowanie świata odwaliła sama, bez Doktora w swojej głowie. I pewnie dlatego ten finał jest jednym z najlepszych.
Sezon 4
Is that why you travel 'round with a human at your side? It's not so you can show them the wonders of the universe, it's so you can take cheap shots?
I oto moja ulubiona seria, z moją absolutnie ulubioną towarzyszką. Donna może nie wykazała się taką zajebistością jak Martha, ale za to ani przez chwilę nie wzdychała do Doktora i nigdy nie zdegradowała się do roli bezwolnej firany. Potrafiła jasno wygarnąć mu, co w nim najgorsze, a nawet zmusić do nagięcia świętych zasad nieingerencji. Nie była najpiękniejszą, najmłodszą ani najlepiej wykształconą z towarzyszek, a jednak stałą się najważniejszą istotą we wszechświecie (Amy, siedź cicho, ty byłaś druga). W dodatku potrafiła przekomarzać się z Doktorem przez cały sezon, i jeśli ktoś nie docenia jej odzywek, naprawdę nie ma gustu (Now that's what I call a spaceship. You've got a box, he's got a Ferrari - proszę was!). Kolejnym plusem tej serii jest to, że zapowiedzi finału - jak "bad wolf" z pierwszej albo "torchwood" w drugiej - tym razem są naprawdę istotne i nie sprowadzają się do jednego wyrażenia. Przepowiednie w "The Fires of Pompeii", powracająca kwestia zaginięcia pszczół, DoctorDonna - to wszystko jest doskonałą uwerturą do zakończenia, w którym Dziesiąty Doktor oraz wszyscy jego przyjaciele i pomocnicy walczą po raz ostatni (jeśli nie liczyć odcinków specjalnych, w których Doktor walczy i umiera, umiera i walczy, aż mimo mojego uwielbienia do Tennanta miałam ochotę błagać, żeby przyspieszył). Z resztą, tylko dwa odcinki - "The Sontaran Stratagem" i "The Poison Sky" - są zaledwie dobre. Właśnie w tym sezonie znajduje się kolejny, po "Blink", najlepszy odcinek ze wszystkich - "Midnight". Trudno nawet go opisać, żeby nie popaść w przesadny patos; ważne, że jest przerażający, i to nie z powodu kosmity. Moim osobistym faworytem jest nieco bardziej optymistyczny "Planet of the Ood", który przynajmniej kończy się dobrze dla tych słodkich, mackowatych potworków z mózgami w rękach. Daruję sobie wymienianie odcinków bardzo dobrych, bo to po prostu wszystkie pozostałe. I wszystkie trzeba obejrzeć, bo jak można ominąć tłuszczaki, wybuch kosmitów w Pompejach, spotkanie z córką Doktora, Agathę Christie walczącą z osą, wizję świata pozbawionego Doktora albo bibliotekę, która zapisała tysiące ludzi, ale zabiła River Song? Ta seria jest po prostu zbyt świetna, żeby to ująć w słowach.
Sezon 5
If you were that old and that kind, and the very last of your kind, you couldn't just stand there and watch children cry.
Przyznam, że po idealnej serii czwartej trudno było mi się przekonać do nowego Doktora i nowej Towarzyszki. Za pierwszym oglądnięciem nic mi się nie podobało, za drugim jednak sezon piąty stał się drugim na liście ulubionych. Amy Pond nie jest aż tak świetna jak Donna, wciąż jednak ma sporo charakteru, i dorównywałaby poprzedniczce, gdyby nie dziwaczne ataki scenariusza. Otóż co jakiś czas scenarzyści uznają, że za mało w Doktorze romansu, i wpychają nieszczęsne dziewczę w wyjątkowo sztuczny trójkąt romantyczny. Czasem robią to jedną kwestią, co da się znieść; czasem poświęcą całą scenę, co też nie jest znowu tak bolesne (jak choćby przy uwodzeniu Doktora); czasem jednak poświęcą na to cały odcinek. Tak powstał zupełnie zły "Amy's Choice", który jest absolutnie jawnie poświęcony trójkątowi, a nieco mniej - selfhejtowi Doktora. Obie te rzeczy są zupełnie niestrawne, w połączeniu są nieznośne, i tego odcinka naprawdę nie da się oglądać inaczej niż ironicznie. Na szczęście, reszta serii ma znacznie wyższy poziom. Rozpoczyna się bardzo dobrym "The Eleventh Hour", ładnie zapowiadającym motywy, wokół których krążyć będą główne wątki tego i następnych sezonów; rozwija moim faworytem, "The Beast Below", w którym Amy udowadnia, że Doktor bez Towarzyszki byłby niczym. Dobry jest "Victory od the Daleks", bo chociaż nieśmiertelne solniczki zepsują każdy koncept, całość broni się postacią profesora Bracewella. Lepszy jest powrót Aniołów w "The Time of Angels" i "Flesh and Stone", równie dobre są "Vampires of Venice" oraz "The Lodger", jeszcze lepsze, chociaż niewesołe są "The Hungry Earth" i "Cold Blood". Jest tu też kolejny najlepszy z najlepszych, "Vincent and the Doctor" - prześliczny zarówno fabularnie, jak wizualnie i bardzo, bardzo smutny. Wreszcie następuje trzeci z najlepszych finałów, którego główny chyba urok polega na tym, że jest budowany przez całą serię - ostatecznie szczelina, która jest jego sednem, bardzo poważnie ingeruje w fabułę wcześniejszych odcinków, i trudno nie przejąć się czymś, co psuje nam krew od tak długiego czasu. Oczywiście, swoje robi też River Song, która jeszcze w tym sezonie jest genialna, malująca nieistniejące gwiazdy mała Amy, Nieśmiertelny Centurion, który pod względem bohaterstwa dogadałby się z Marthą Jones, i miotający się w czasie Doktor. A i tak najlepszy ze wszystkiego jest ślub Amy i posiłek Doktora (fish fingers and custard - za drugim obejrzeniem to ostatecznie mnie przekonało, że mimo braku Tennanta ten serial ma sens).
Sezon 6
I wanted to see the Universe so I stole a Time Lord and I ran away. And you were the only one mad enough.
To jest ta seria, z którą mam problem. Zaczyna się świetnie. Śmierć Doktora zapowiada skomplikowaną i bardzo emocjonującą końcówkę, Cisze są straszne, klimatyczne i potężne, a gdyby "The Impossible Astronaut" i "Day of the Moon" były finałem serii, wykopałyby z rankingu "The Pandorica Opens" i "The Big Bang". Amy jak zwykle charakterna i odważna, River jak zwykle fantastyczna, Rory jak zwykle znacznie lepszy niż na to wygląda. Potem następuje świetne "The Curse of the Black Spot", bawiące się kanonem opowieści o piratach i kończące wysłaniem całej załogi na statku kosmicznym, co jest pomysłem tak genialnym, że powinno się z tego zrobić osobny serial. Czwarty odcinek to "The Doctor's Wife", napisany przez Neila Gaimana, nic więc dziwnego, że kolejny do zbioru najlepszych z najlepszych - piękny i mądry, ślicznie opisujący dziwaczny związek Doktora i TARDIS. Potem są "The Rebel Flesh" i "The Almost People", świetne i bardzo smutne, i na nich kończy się naprawdę dobra część tej serii. Potem następuje gwałtowne załamanie. "A Good Man Goes to War" to streszczenie wad tego sezonu - wiele obiecuje, prawie nic nie daje. Amy została uwięziona przez kogoś, kto zdołał z łatwością zmylić Doktora, kto planuje wykończyć go za pomocą wielkiej armii i nieco nadprzyrodzonego dziecka, a więc kogoś potężnego i inteligentnego. River poinformowana o sprawie niemalże omdlewa z wrażenia i dramatycznym głosem zapowiada, że
He'll rise higher than ever before and then fall so much further.
Szykujemy się więc na coś naprawdę dramatycznego, wstrząsającego wręcz. Na zwycięstwo bardziej gorzkie niż to na Satelicie 5 czy w Canary Wharf. Na coś co najmniej równie tragicznego jak los Donny czy Marthy. Coś pozbawiającego nadziei jak koniec przymierza ludzi z homo reptilia. Na coś chociaż równego wszystkim strasznym rzeczom, które spotkały Doktora w ciągu tych pięciu i pół sezonu. I faktycznie, zaczyna się obiecująco: trochę zawodzi fakt, że Doktor nie zaprasza do pomocy nikogo, kogo spotkał przed sezonem piątym (tak, najbardziej boli mnie brak Jacka), ale cała akcja odbijania stacji faktycznie robi wrażenie i można się zgodzić, że jest to jego największe bezkrwawe osiągnięcie. Jakie jednak straszliwe załamanie czeka go później? Co koszmarnego się stanie? Otóż cały ten potworny dramat, przed którym drży River, to zgubienie niemowlaka.
Rozumiem, że to był niemowlak przyjaciół, więc bardzo istotny niemowlak. Gdybyśmy nie byli pewni jego losu, byłoby to upiorne, bo krzywdzenie dzieci jest z zasady gorsze niż krzywdzenie dorosłych. Ale przecież wiemy co się z nim stało - wyrósł na zupełnie szczęśliwą i rozsądną River. Która nie omieszka opieprzyć Doktora, że zachowywał się jak żołnierz i teraz wszyscy go nienawidzą i porwali mu dziecko i jak on mógł. Absurd tych wyrzutów jest tak wielki, że nawet trudno go opisać. Mowa o Doktorze. O kimś, kto setki lat ratował jednych i, niestety, tracił innych, o kimś, kto czasem musiał zabijać albo nie dawał rady uratować. Ile koszmarnych rzeczy zrobił, nawet nienaumyślnie, przez niemal trzydzieści serii starych serii? Wiemy, ile zrobił przez ostatnie pięć. No i nie zapominajmy - bo scenarzystom najwyraźniej się udało - że ZABIŁ CAŁĄ SWOJĄ RASĘ. Najwyraźniej jednak dopiero teraz zauważono, że zachowuje się jak żołnierz, dopiero teraz zaczęto tworzyć przeciwko niemu armię (jakby już wcześniej samo słowo "doktor" nie przerażało połowy wszechświata) i dopiero teraz przydarzyła mu się prawdziwa klęska, czyli ZGUBIENIE NIEMOWLAKA. Proszę porównać dwa problemy wyróżnione caps lockiem i wyciągnąć wnioski. Nie mogę lubić tego odcinka, po prostu nie mogę. Potem, niestety, nie jest lepiej: w "Let's Kill Hitler" pierwsze spotkanie River i Doktora, tak szumnie zapowiadane i mające tak wielkie skutki, okazuje się być beznadziejnie nudne i naprawdę nie wiem, jakim cudem Doktor dokonał tak wielkiej przemiany w jej psychice. Jedna dobra scena - Doktor i głosowy interfejs TARDIS - nie ratuje sprawy. "Night Terrors" jest dobre, "The Girl Who Waited" powraca do uczuć Amy więc jest bardzo, bardzo, bardzo złe, "The God Complex" niezłe, "Closing Time" zupełnie średnie, a finał... jak to finał, który ma jeden odcinek. Nie można satysfakcjonująco zamknąć tylu wątków w ciągu jednego odcinka. I tak Główna Zła, ta, która była praktycznie niepokonana w "A Good Man Goes to War", daje się zabić w kilka sekund, a Doktor ucieka śmierci za pomocą zwykłej przebieranki, co jest tak proste, że aż prostackie. I tyle, koniec serii, proszę się rozejść i czekać na siódmą.
Chyba mam prawo mieć złe przeczucia.
Rozumiem, że to był niemowlak przyjaciół, więc bardzo istotny niemowlak. Gdybyśmy nie byli pewni jego losu, byłoby to upiorne, bo krzywdzenie dzieci jest z zasady gorsze niż krzywdzenie dorosłych. Ale przecież wiemy co się z nim stało - wyrósł na zupełnie szczęśliwą i rozsądną River. Która nie omieszka opieprzyć Doktora, że zachowywał się jak żołnierz i teraz wszyscy go nienawidzą i porwali mu dziecko i jak on mógł. Absurd tych wyrzutów jest tak wielki, że nawet trudno go opisać. Mowa o Doktorze. O kimś, kto setki lat ratował jednych i, niestety, tracił innych, o kimś, kto czasem musiał zabijać albo nie dawał rady uratować. Ile koszmarnych rzeczy zrobił, nawet nienaumyślnie, przez niemal trzydzieści serii starych serii? Wiemy, ile zrobił przez ostatnie pięć. No i nie zapominajmy - bo scenarzystom najwyraźniej się udało - że ZABIŁ CAŁĄ SWOJĄ RASĘ. Najwyraźniej jednak dopiero teraz zauważono, że zachowuje się jak żołnierz, dopiero teraz zaczęto tworzyć przeciwko niemu armię (jakby już wcześniej samo słowo "doktor" nie przerażało połowy wszechświata) i dopiero teraz przydarzyła mu się prawdziwa klęska, czyli ZGUBIENIE NIEMOWLAKA. Proszę porównać dwa problemy wyróżnione caps lockiem i wyciągnąć wnioski. Nie mogę lubić tego odcinka, po prostu nie mogę. Potem, niestety, nie jest lepiej: w "Let's Kill Hitler" pierwsze spotkanie River i Doktora, tak szumnie zapowiadane i mające tak wielkie skutki, okazuje się być beznadziejnie nudne i naprawdę nie wiem, jakim cudem Doktor dokonał tak wielkiej przemiany w jej psychice. Jedna dobra scena - Doktor i głosowy interfejs TARDIS - nie ratuje sprawy. "Night Terrors" jest dobre, "The Girl Who Waited" powraca do uczuć Amy więc jest bardzo, bardzo, bardzo złe, "The God Complex" niezłe, "Closing Time" zupełnie średnie, a finał... jak to finał, który ma jeden odcinek. Nie można satysfakcjonująco zamknąć tylu wątków w ciągu jednego odcinka. I tak Główna Zła, ta, która była praktycznie niepokonana w "A Good Man Goes to War", daje się zabić w kilka sekund, a Doktor ucieka śmierci za pomocą zwykłej przebieranki, co jest tak proste, że aż prostackie. I tyle, koniec serii, proszę się rozejść i czekać na siódmą.
Chyba mam prawo mieć złe przeczucia.