niedziela, 29 lipca 2012

Będzie to wpis wysnuty z frustracji i zawiedzionej nadziei, spleciony z wściekłości i rozpaczy, okraszony przekleństwami i doprawiony szczyptą docinków ad personam.
Będzie to wpis o "Poczekajce".


Od razu zaznaczam: nie brnęłam przez tę książkę tylko po to, żeby po niej pojechać (pojechanie zaczęłam planować dopiero w połowie lektury). Dawno, dawno temu przeczytałam wątek poświęcony tej autorce na pewnym forum, znalazłam tam również wiele bardzo negatywnych opinii o książce. Wtedy po raz pierwszy spróbowałam ją zmęczyć, ale ebook okazał się nieczytalny, poprzestałam więc na śledzeniu bloga autorki. Blog (tutaj, jeśli ktoś ma ochotę) zdawał się być zupełnie zwyczajny. Niepokojąca wydawała się tylko szybkość tworzenia kolejnych książek, ale dobra, Pilipiuk też pisze w tempie błyskawicznym, a da się go znieść. Dlatego też, kiedy trafiłam na tę powieść w bibliotece, postanowiłam dowiedzieć się ostatecznie - jak to jest z tą "Poczekajką"?
Nie muszę chyba dodawać, że tragicznie.
Tak tragicznie, że muszę wylać żal w internecie. To o czymś świadczy. Gdyby było lepiej, nie chciałoby mi się o tym pisać.
Streszczając fabułę, której przebieg i tak przewidzicie w połowie lektury: Patrycja Marynowska, młoda pani weterynarz, postanawia zamieszkać w Poczekajce, zadupiu we względnych okolicach Zamościa, żeby spotkać tam miłość swojego życia. A raczej kogoś, kogo sobie wyobraziła pod wpływem dużej ilości złej fantastyki i nalewki, którą oberwała na sabacie czarownic. Robi to wbrew woli matki, która ma koneksje i macki dłuższe niż szefowie mafii, a która chce mieć córcię cały czas pod kontrolą. Arturek, odrzucony adorator Patrycji, podsuwa mamusi specjalistę od uwodzenia i rzucania dziewcząt - że niby jak jej złamie serce to sama z płaczem wróci pod rodzicielskie skrzydełka. Dodam jeszcze, że w okolicy pęta się Gabriel, któremu kiedyś specjalista (imieniem Łukasz) uwiódł narzeczoną tuż przed ślubem, i który wskutek rozwalenia tejże narzeczonej głowy teraz zaniedbuje higienę osobistą i nienawidzi kobiet (taki Atos tylko dużo, dużo gorszy). Teraz już macie pełen obraz, możecie sami opisać sobie główny wątek.
Dobrze, jest to wszystko przewidywalne, ale dlaczego takie złe? Fabuła lekkiej i przyjemnej literatury babskiej nie musi być potwornie zaskakująca. A jednak całość lekka i przyjemna nie wyszła, "babska" też niezbyt, bo żadnej kobiecie bym tego nie poleciła. Wyliczając, jak Erast Pietrowicz Fandorin nauczył:

1. Język

Sam z siebie jest toporny i rozpaczliwie sili się na żartobliwość - trochę to straszne, jak ostatnie podrygi umierającej muchy. Wszystko to bardzo potoczne, tak bardzo, że momentami bardziej przypomina język domowy niż literacki - za wyrażenie "Patrysina cnota", użyte zresztą w rozmowie Tych Złych, ktoś powinien jakoś autorkę ukarać, takie rzeczy mogą uchodzić płazem. Sytuacji nie poprawia zapisywanie fonetycznie obcych języków i wtykanie żarcików w najbardziej dramatycznych scenach (o "jakapuście" tu mowa. Naprawdę, w chwili największej rozpaczy bohaterki takie dialogi nie powinny się zdarzać, chyba, że całą empatię czytelnika ma trafić szlag). W dodatku wszyscy bohaterowie mówią w ten sam sposób (poza Łukaszkiem w chwilach podrywu, ale nad tym będę się znęcać później). Tych Złych można odróżnić po tym, że bardziej klną. Może tylko mamusia bohaterki mówiła odrobinę sztywniej, a mieszkańcy wsi językiem dziewiętnastowiecznych chłopów. Reszta leciała językiem autorki. 
Język zmieniał się tylko przy scenach łóżkowych. 
Serca obojga łomotały coraz szybciej, z jednakim pragnieniem, które zaczęło zagarniać w posiadanie także ich ciała. Lecz jedno nie myślało o wypuszczeniu z objęć tego drugiego, a drugie nie pragnęło zostać uwolnione.
Ból pierwszego razu już dawno odszedł w niepamięć, teraz dwa ciała, dwie dusze, dwa serca, przeznaczone sobie od zawsze, gnały jak stado dzikich koni tam, gdzie czekało spełnienie.
Albo ja jestem wybredna, albo to jest poetyka rodem z harlequinów.


2. Bohaterowie

Najgorsza z nich wszystkich jest stanowczo Patrycja, która dwadzieścia pięć lat może mieć co najwyżej w marzeniach. Tylko jej nastolęctwem można wyjaśnić chociażby ubrdanie sobie Amrego - ukochanego, który najwyraźniej powstał na podstawie bohaterów powieści niejakiego Gabriela Mrocznego (proszę się nie śmiać z tego nieoczywistego i wcale nie kiczowatego pseudonimu). Gorzej, że w miarę trwania akcji ubrdanie zaczyna wyglądać na obsesję: dziewczę do ukochanego pisuje listy, wysyłając je na adres tego pisarza (beznadziejnie durny koncept. Dlaczego, do cholery, wysyłała je pisarzowi? Nie lepiej zachować, przepasać wstążeczką i wręczyć ukochanemu, kiedy już się go znajdzie? Podczas pisania nie miała pojęcia, kto jest jej wyśnionym wybrankiem. No ale racja, wtedy Gabriel nie mógłby dumnie wzgardzić tą korespondencją, co tam komu po logice, kiedy taka ładna scena by się zmarnowała). Dla szansy spotkania porzuca dom i pracę, ryzykuje mieszkanie w ruderze, byle tylko domek wyglądał identycznie jak w wizji, kiedy widzi faceta, który może być oczekiwanym ideałem, zakochuje się na śmierć... oczywiście, na popołudnie, potem zaczynają targać nią wątpliwości, bo koń w wizji był czarny, a w rzeczywistości - biały. Nie wiem, co gorsze, uwielbienie dla wymyślonego Amrego czy bezgraniczna wiara w majaki.
Oprócz tego obsesyjnego zakochania, dziewczę przejawia niezwykłą wprost bezmyślność. Szuka domku z wizji losując strony w atlasie i machając wahadełkiem. Wynajmuje dom bez oglądania go. Po zajrzeniu przez drzwi i stwierdzeniu, że się zapada, nie zamawia fachowca tylko przeprowadza się jak najszybciej. Wtedy jest bardzo zaskoczona przez klepisko i brak internetu, bo takich drobiazgów nie sprawdziła. Bez chwili namysłu zamienia samochód na konia, bo koń jest romantyczny. Przyjmuje pracę w zoo, uważając, że wąż jest pusty w środku... ale milcz, serce, weterynaria będzie w następnym punkcie.
Gdyby ktoś nadal miał złudzenia, że to dorosła kobieta, wspomnę o jej relacjach z matką. Dziewczyna jej nie znosi, czuje się przez nią tłamszona, bo mamusia wybiera jej pracę i mieszkanie, jest zdeterminowana, by wreszcie wyrwać się spod jej kurateli... i po oznajmieniu rodzicielce, że ucieka od niej na wieś, bardzo się dziwi i żałuje, że nie dostała od niej żadnych pieniędzy. Bo ona przecież taka biedna. Gratuluję postawy roszczeniowego nastolatka, naprawdę.
Acha, jeszcze coś. Patrycję bez wahania można zaliczyć w poczet rasowych Mary Sue, takich będących alter ego autorki. Po pierwsze, wszyscy uważają ją za piękną (chociaż sama o sobie myśli, że jest nieco za chuda, nie powinni więc się nią zachwycać przynajmniej wielbiciele kobiecych kształtów). Wszyscy też, bezpodstawnie, mają ją za genialnego weterynarza, są zachwyceni jej inteligencją i zauroczeni naiwnością, z bliżej mi nieznanych względów sądząc, że jest niezwykła. Cała wieś najpierw jej nienawidzi, potem kocha, wszyscy zwracają na nią uwagę, i to nie tylko podczas rajdu na narowistej kobyle, ale też w trakcie zwykłego spaceru. Kiedy odchodzi z pracy, nienawidzący wszystkich kierownik gadziarni mówi jej, jaka była wspaniała. No po prostu zjawisko. W dodatku wieczorami pisuje powieść, która zadziwiająco przypomina inną książkę pani Michalak, "Grę o Ferrin", mają też wspólny wyuczony zawód... Odrobinę to niepokojące.
Na zakończenie - przykład beztroskiej głupoty pani weterynarz:
(...)postaram się dotrwać do momentu, gdy przybędziesz, jak mam to obiecane w wizji: w czarnej koszuli, czarnych bryczesach, na czarnym rumaku, z czarnym rozwianym włosem. Czy Ty jesteś w żałobie? 
Na zawsze twoja
Ana 

Następny w kolejce jest Łukasz, rasowy uwodziciel. Podobno szalenie przystojny, nie potwierdzam, bo mi ten typ nie odpowiada. Gorzej, że jest zwykłym, niewychowanym bucem. Jedyne, czym może uwodzić, to wygląd - ale wbrew temu, co sugeruje autorka, nie każda kobieta sika w majtki na widok takiego mężczyzny. Niektórym się w ogóle nie spodoba, bo nie ten typ. Niektóre spojrzą, zainteresują się, zamienią z nim kilka słów i uciekną w popłochu, widząc, że mu fasada rozpada się z trzaskiem i jako żywo wygląda zza niej pysk zły i obrzydliwy. Pierwsza jego rozmowa z Patrycją wygląda jak dialog zauroczonej nastolatki z wariatem. 
- Witaj, rusałko. Zjawiłaś się, by zwieść mnie nad skraj leśnego jeziorka i porwać w odmęty?
- Ja... eee... yyy... za krową. 
Potem Łukasz zrzuca maskę wariata, ale momentami zachowuje się tak koszmarnie, że nikt się chyba nie dziwi, gdy nie może zdobyć cnoty swego celu. Z resztą, taki pustak jak Patrycja, dla którego liczy się głównie wygląd, mógłby na niego polecieć. Dlaczego jednak ulega mu nawet jej matka, kobieta raczej inteligentna, opanowana i dojrzalsza? Dlaczego po pierwszym spojrzeniu na niego jest oszołomiona, dlaczego na najlżejszy dotyk reaguje westchnieniami pełnymi rozkoszy, dlaczego, do kurwy nędzy, prawniczka, wytrawna intrygantka, leci bez opamiętania na faceta, którego sama wynajęła?! 

Wisienką na torcie pozostaje Gabriel, dumny i chmurny, traktowany przez swych "przyjaciół" (cudzysłów dodaję, bo żadne z nich nie raczy napomknąć nikomu, że ten prawie mord na narzeczonej był niezamierzony) jako uosobienie szlachetności i innych cnót, rozkochujący w sobie Patrycję mimo tego, że traktuje ją jak śmiecia. O, własnie, pierwsza skaza - Patrycję, a z relacji innych wynika, że również wszystkie inne kobiety, uważa za szmaty i zgodnie z tym się do nich odnosi. Dlaczego? A bo jego narzeczona puściła się z innym. Dlaczego zmienia zdanie i staje się księciem z bajki? Bo dowiaduje się, że narzeczona puściła się pod wpływem niecnie dodanej do jej drinka pigułki gwałtu. Gdyby puściła się z własnej woli, dla rodzaju niewieściego nie byłoby wybaczenia. Idealny kandydat na męża, nieprawdaż? Dodatkowo, z powodu swej szlachetności, opiekuje się chorą umysłowo narzeczoną. Jeśli przez słowo "opiekuje" rozumiemy "daje jej żreć i puszcza samopas po okolicy", bo dokładnie to robi nasz hrabia. Jest bogaty, stać go na duży, porządny dom i pielęgniarkę, nawet kilka. Stać go na odpowiednią opiekę i zapewnienie jej rozrywek mimo kontroli, ale nie, po co. Dziewczyna ma dostęp nawet do alkoholu, zapałek i trutki na szczury, nic dziwnego, że w końcu ktoś na tym ucierpiał - dziwię się raczej, że wypadków nie było wcześniej. Zaczynam się wręcz zastanawiać, czy Gabriel w ten sposób nie chciał się pozbyć tego niewygodnego balastu, bo nie robi dokładnie nic, żeby pomóc chorej albo chociaż bronić jej przed samą sobą.

Pozostają jeszcze postaci - chodzące stereotypy. Berenika, charakteryzująca się tym, że jest Tajemnicza i jest wiedźmą. Aureliusz, charakteryzujący się tym, że jest Stary i Mądry. Janka, charakteryzująca się tym, że jest chora i jej poczynania nie mają najmniejszego sensu. Arturek, charakteryzujący się tym, że jest Podły i Bezwględny. Dziękuję, to wszystko, co można o nich napisać.

3. Weterynaria

Od razu piszę: nie jestem specjalistką od zwierząt, nie skończyłam weterynarii, wszystko, co napiszę, będzie na chłopski rozum. Czepiam się, bo po przeczytaniu książki mam wrażenie, że autorka albo spała na studiach, albo zignorowała wszystko co wie, żeby było śmieszniej. Nie jest. Jest przerażająco. 
To stanowczo nie jest śmieszne, kiedy ksiądz - zootechnik i kierownik hodowli - olewa opinię lekarza i podrzuca chorej żyrafie naparstnicę, "bo mu wyglądało na niewydolność serca". Albo kiedy Genialna Patrycja diagnozuje stada zwierząt... oglądając je z bezpiecznej odległości. Pantera ciężko oddycha? Popatrzmy i dajmy jej antybiotyk. Żółw nie chce jeść? Popatrzmy i posłuchajmy koleżanki, po czym wpiszmy mu diagnozę po łacinie, żeby nikt nie wiedział, że my też nie wiemy co mu jest. Ptak okulał? Popatrzmy na nogę, popatrzmy w niebo i zalećmy zastrzyki, bo nie mamy pojęcia co to jest.
Jeszcze straszniej się robi, kiedy Patrycja tuż po otrzymaniu pracy uczciwie przyznaje, że nie ma pojęcia o anatomii węży. Wiedząc, że węży w tym zoo jest w cholerę. Potem szuka pomocy w leczeniu małpy pigmejki w tekście o małpiatkach, co jest mniej więcej tak sensowne, jak leczenie szympansa na chorobę dotykającą wyłącznie lemury.
Nieco załamujące są też fragmenty pokazujące wiedzę samej autorki. Jest sobie scena, kiedy Patrycja idzie przez wieś ze swym Pandą-psem. Okoliczne psy szczekają na nich ile wlezie, ale Panda nie odpowiada. Dlaczego? Bo ma taką długą grzywkę, że ich nie widzi...

4. Zakończenie

Dobre zakończenie nie uratowałoby tej książki, ale mogłoby chociaż trochę naprawić wrażenie, jakie zostawia. I w pewnym momencie na to właśnie wyglądało. Wiara Patrycji w marzenia została złamana, radosna bezmyślność wyglądała na zniszczoną, bohaterka miała szansę dorosnąć, znaleźć sobie normalnego faceta i pracę, którą umiałaby wykonywać.
I wtedy przyjechał Gabriel na białym koniu. Przeprosili się, pocałowali, żyli długo i szczęśliwie, siłą swej miłości naprawiając nawet złego Łukaszka.

Więc nie, dla tej książki nie ma nadziei. Nie można polecić jej nikomu, z resztą, pani Michalak i tak ma tłumy fanek, więcej jej nie trzeba. "Poczekajka" jest po prostu tragicznie, rozpaczliwie zła, i tą konkluzją wypada mi zakończyć.