poniedziałek, 24 września 2012

Something old, something new, something borrowed, something... blue

Tym razem wpis z kategorii mieszanej.
Pierwszego września wystartował kolejny, siódmy już, sezon nowego Doktora. Postanowiłam nie oglądać go na bieżąco, na wypadek, gdyby BBC Entertainment się obudziło i przerwało na chwilę maraton "Totalnej Rozgrywki". Zdecydowałam też, że przydałoby się powtórzyć sobie sezon piąty i szósty, co powinno ułatwić zrozumienie siódmego, oraz podsumować wszystkie poprzednie. Na początku planowałam zwyczajne Top 10 odcinków, ale w trakcie pisania okazało się, że za nic nie jestem w stanie ich poukładać, poza tym, chciałabym również wymienić epizody, które uważam za najgorsze. I tak oto powstał ten przewodnik.


Sezon 1 

And everybody lives, Rose! Everybody lives! I need more days like this.



Wybitnym odcinkiem jest podwójny "The Empty Child" i "The Doctor Dances". Okupowany Londyn, genialna bohaterka gościnna, historia w sam raz skomplikowana i straszna, no i pojawienie się Jacka Harknessa - to już dość, żeby uczynić je jednymi z najlepszych. Może nawet bez Jacka byłyby świetne. Stopień niżej, bo bardzo dobry, jest "The Unquiet Dead". Zasługuje na tę ocenę już za samą Gwyneth i Dickensa, ale dobrzy są też kosmici i pierwsze pojawienie się Złego Wilka. Na podobnym poziomie są odcinki finałowe, jeśli jest się odpornym na Rose i Wielkie Uczucie między nią a Doktorem. Reszta trzyma poziom dobry (chyba, że ogląda się je w kółko. Wielki błąd). Osobiście nie znoszę tylko "Father's Day", ale to przez Rose. Ogólnie jest to chyba jeden z najlepszych sezonów - nawet mimo Rose, która jest tak zwykła, że mam ochotę udusić ją ręcznikiem, a potem ogłuszyć wszystkie jej rzęsy, które na pewno żyją własnym życiem. Christopher Eccleston był pierwszym Doktorem, którego poznałam, i wciąż lubię go tak samo, jak Tennanta. Nawet z tymi uszami.


Sezon 2

You are the best. You know why? 'Cause you're so thick! You're Mr. Thick Thick Thickety Thickface from Thicktown. Thickania! ... And so's your dad.


W tym sezonie przeważają odcinki solidne. Genialny jest "The Girl in the Fireplace", nie tylko przez Madame Pompadour, ale również dzięki Głównym Złym Z Kosmosu, którzy są naprawdę upiorni. Gdzieś pomiędzy wybitnym a dobrym pętają się "Love & Monsters", "The Idiot's Lantern", "The Impossible Planet" i "Fear Her". Cała reszta jest po prostu dobra, niestety, włącznie z finałem. A może to tylko mnie niespecjalnie rusza rozdzielenie Doktora i Rose, za to bardzo drażni, że ten pierwszy przez całe trzynaście odcinków nie potrafi wymówić trzech słów. Szkoda tylko, że zmiana towarzyszki Doktorowi nie pomogła, bo przez cały następny sezon będzie emował.


Sezon 3

People assume that time is a strict progression of cause to effect. But actually from a non-linear, non-subjective viewpoint it's more like a big ball of wibbly-wobbly timey-wimey... stuff.


W tym sezonie jest chyba najlepszy odcinek w historii nowego Doktora - "Blink". Wszystko, od Aniołów, przez główną postać gościnną, do rozmowy z Doktorem, jest genialne. W dodatku można go oglądać osobno, więc nie ma nic lepszego, jeśli chce się wciągnąć w Doktora niechętnych znajomych. W porównaniu do niego blednie nawet bardzo dobry "The Shakespeare Code", mimo mojego ulubionego odwołania do przeszłości i świetnych wiedźm (nie wspominając już o zaklęciu. Jeśli kiedyś jeszcze trafię w okolice Globe, na pewno skończę wrzeszcząc "exspelliarmus!" i strasząc innych turystów). Równie dobry jest otwierający serię "Smith and Jones", późniejszy "Gridlock" i "The Lazarus Experiment". Zupełnie średni i nijaki jest "42", który jeszcze za pierwszym razem był dość emocjonujący, ale za drugim już zupełnie przestał. Dwa odcinki z Dalekami ranią mnie o tyle, że podczas oglądania tego sezonu miałam ich już zupełnie dość - no bo ile można patrzeć na kolejne reinkarnacje pieprzniczko-solniczek z przepychaczami do zlewu?! Tyle dobrego, że nie ma ich w finale, który dzięki temu robi naprawdę duże wrażenie. Martha Jones, która przez całą serię koncentruje się na słuchaniu Doktora i wzdychaniu do niego (zwłaszcza w "Human Nature" i "Family of Blood". Miałam pecha oglądać te odcinki pięć razy, co ostatecznie mi je zepsuło) tutaj naprawdę pokazuje na co ją stać. Wybaczcie mój klatchiański, ale trudno to określić inaczej niż czysta zajebistość. Przyznaję to z bólem: jest lepsza nawet od dwóch moich ulubionych towarzyszek, bo całe ratowanie świata odwaliła sama, bez Doktora w swojej głowie. I pewnie dlatego ten finał jest jednym z najlepszych.


Sezon 4

Is that why you travel 'round with a human at your side? It's not so you can show them the wonders of the universe, it's so you can take cheap shots?


I oto moja ulubiona seria, z moją absolutnie ulubioną towarzyszką. Donna może nie wykazała się taką zajebistością jak Martha, ale za to ani przez chwilę nie wzdychała do Doktora i nigdy nie zdegradowała się do roli bezwolnej firany. Potrafiła jasno wygarnąć mu, co w nim najgorsze, a nawet zmusić do nagięcia świętych zasad nieingerencji. Nie była najpiękniejszą, najmłodszą ani najlepiej wykształconą z towarzyszek, a jednak stałą się najważniejszą istotą we wszechświecie (Amy, siedź cicho, ty byłaś druga). W dodatku potrafiła przekomarzać się z Doktorem przez cały sezon, i jeśli ktoś nie docenia jej odzywek, naprawdę nie ma gustu (Now that's what I call a spaceship. You've got a box, he's got a Ferrari - proszę was!). Kolejnym plusem tej serii jest to, że zapowiedzi finału - jak "bad wolf" z pierwszej albo "torchwood" w drugiej - tym razem są naprawdę istotne i nie sprowadzają się do jednego wyrażenia. Przepowiednie w "The Fires of Pompeii", powracająca kwestia zaginięcia pszczół, DoctorDonna - to wszystko jest doskonałą uwerturą do zakończenia, w którym Dziesiąty Doktor oraz wszyscy jego przyjaciele i pomocnicy walczą po raz ostatni (jeśli nie liczyć odcinków specjalnych, w których Doktor walczy i umiera, umiera i walczy, aż mimo mojego uwielbienia do Tennanta miałam ochotę błagać, żeby przyspieszył). Z resztą, tylko dwa odcinki - "The Sontaran Stratagem" i "The Poison Sky" - są zaledwie dobre. Właśnie w tym sezonie znajduje się kolejny, po "Blink", najlepszy odcinek ze wszystkich - "Midnight". Trudno nawet go opisać, żeby nie popaść w przesadny patos; ważne, że jest przerażający, i to nie z powodu kosmity. Moim osobistym faworytem jest nieco bardziej optymistyczny "Planet of the Ood", który przynajmniej kończy się dobrze dla tych słodkich, mackowatych potworków z mózgami w rękach. Daruję sobie wymienianie odcinków bardzo dobrych, bo to po prostu wszystkie pozostałe. I wszystkie trzeba obejrzeć, bo jak można ominąć tłuszczaki, wybuch kosmitów w Pompejach, spotkanie z córką Doktora, Agathę Christie walczącą z osą, wizję świata pozbawionego Doktora albo bibliotekę, która zapisała tysiące ludzi, ale zabiła River Song? Ta seria jest po prostu zbyt świetna, żeby to ująć w słowach.


Sezon 5

If you were that old and that kind, and the very last of your kind, you couldn't just stand there and watch children cry.


Przyznam, że po idealnej serii czwartej trudno było mi się przekonać do nowego Doktora i nowej Towarzyszki. Za pierwszym oglądnięciem nic mi się nie podobało, za drugim jednak sezon piąty stał się drugim na liście ulubionych. Amy Pond nie jest aż tak świetna jak Donna, wciąż jednak ma sporo charakteru, i dorównywałaby poprzedniczce, gdyby nie dziwaczne ataki scenariusza. Otóż co jakiś czas scenarzyści uznają, że za mało w Doktorze romansu, i wpychają nieszczęsne dziewczę w wyjątkowo sztuczny trójkąt romantyczny. Czasem robią to jedną kwestią, co da się znieść; czasem poświęcą całą scenę, co też nie jest znowu tak bolesne (jak choćby przy uwodzeniu Doktora); czasem jednak poświęcą na to cały odcinek. Tak powstał zupełnie zły "Amy's Choice", który jest absolutnie jawnie poświęcony trójkątowi, a nieco mniej - selfhejtowi Doktora. Obie te rzeczy są zupełnie niestrawne, w połączeniu są nieznośne, i tego odcinka naprawdę nie da się oglądać inaczej niż ironicznie. Na szczęście, reszta serii ma znacznie wyższy poziom. Rozpoczyna się bardzo dobrym "The Eleventh Hour", ładnie zapowiadającym motywy, wokół których krążyć będą główne wątki tego i następnych sezonów; rozwija moim faworytem, "The Beast Below", w którym Amy udowadnia, że Doktor bez Towarzyszki byłby niczym. Dobry jest "Victory od the Daleks", bo chociaż nieśmiertelne solniczki zepsują każdy koncept, całość broni się postacią profesora Bracewella. Lepszy jest powrót Aniołów w "The Time of Angels" i "Flesh and Stone", równie dobre są "Vampires of Venice" oraz "The Lodger", jeszcze lepsze, chociaż niewesołe są "The Hungry Earth" i "Cold Blood". Jest tu też kolejny najlepszy z najlepszych, "Vincent and the Doctor" - prześliczny zarówno fabularnie, jak wizualnie i bardzo, bardzo smutny. Wreszcie następuje trzeci z najlepszych finałów, którego główny chyba urok polega na tym, że jest budowany przez całą serię - ostatecznie szczelina, która jest jego sednem, bardzo poważnie ingeruje w fabułę wcześniejszych odcinków, i trudno nie przejąć się czymś, co psuje nam krew od tak długiego czasu. Oczywiście, swoje robi też River Song, która jeszcze w tym sezonie jest genialna, malująca nieistniejące gwiazdy mała Amy, Nieśmiertelny Centurion, który pod względem bohaterstwa dogadałby się z Marthą Jones, i miotający się w czasie Doktor. A i tak najlepszy ze wszystkiego jest ślub Amy i posiłek Doktora (fish fingers and custard - za drugim obejrzeniem to ostatecznie mnie przekonało, że mimo braku Tennanta ten serial ma sens).


Sezon 6

I wanted to see the Universe so I stole a Time Lord and I ran away. And you were the only one mad enough.


To jest ta seria, z którą mam problem. Zaczyna się świetnie. Śmierć Doktora zapowiada skomplikowaną i bardzo emocjonującą końcówkę, Cisze są straszne, klimatyczne i potężne, a gdyby "The Impossible Astronaut" i "Day of the Moon" były finałem serii, wykopałyby z rankingu "The Pandorica Opens" i "The Big Bang". Amy jak zwykle charakterna i odważna, River jak zwykle fantastyczna, Rory jak zwykle znacznie lepszy niż na to wygląda. Potem następuje świetne "The Curse of the Black Spot", bawiące się kanonem opowieści o piratach i kończące wysłaniem całej załogi na statku kosmicznym, co jest pomysłem tak genialnym, że powinno się z tego zrobić osobny serial. Czwarty odcinek to "The Doctor's Wife", napisany przez Neila Gaimana, nic więc dziwnego, że kolejny do zbioru najlepszych z najlepszych - piękny i mądry, ślicznie opisujący dziwaczny związek Doktora i TARDIS. Potem są "The Rebel Flesh" i "The Almost People", świetne i bardzo smutne, i na nich kończy się naprawdę dobra część tej serii. Potem następuje gwałtowne załamanie. "A Good Man Goes to War" to streszczenie wad tego sezonu - wiele obiecuje, prawie nic nie daje. Amy została uwięziona przez kogoś, kto zdołał z łatwością zmylić Doktora, kto planuje wykończyć go za pomocą wielkiej armii i nieco nadprzyrodzonego dziecka, a więc kogoś potężnego i inteligentnego. River poinformowana o sprawie niemalże omdlewa z wrażenia i dramatycznym głosem zapowiada, że 
He'll rise higher than ever before and then fall so much further.
Szykujemy się więc na coś naprawdę dramatycznego, wstrząsającego wręcz. Na zwycięstwo bardziej gorzkie niż to na Satelicie 5 czy w Canary Wharf. Na coś co najmniej równie tragicznego jak los Donny czy Marthy. Coś pozbawiającego nadziei jak koniec przymierza ludzi z homo reptilia. Na coś chociaż równego wszystkim strasznym rzeczom, które spotkały Doktora w ciągu tych pięciu i pół sezonu. I faktycznie, zaczyna się obiecująco: trochę zawodzi fakt, że Doktor nie zaprasza do pomocy nikogo, kogo spotkał przed sezonem piątym (tak, najbardziej boli mnie brak Jacka), ale cała akcja odbijania stacji faktycznie robi wrażenie i można się zgodzić, że jest to jego największe bezkrwawe osiągnięcie. Jakie jednak straszliwe załamanie czeka go później? Co koszmarnego się stanie? Otóż cały ten potworny dramat, przed którym drży River, to zgubienie niemowlaka.
Rozumiem, że to był niemowlak przyjaciół, więc bardzo istotny niemowlak. Gdybyśmy nie byli pewni jego losu, byłoby to upiorne, bo krzywdzenie dzieci jest z zasady gorsze niż krzywdzenie dorosłych. Ale przecież wiemy co się z nim stało - wyrósł na zupełnie szczęśliwą i rozsądną River. Która nie omieszka opieprzyć Doktora, że zachowywał się jak żołnierz i teraz wszyscy go nienawidzą i porwali mu dziecko i jak on mógł. Absurd tych wyrzutów jest tak wielki, że nawet trudno go opisać. Mowa o Doktorze. O kimś, kto setki lat ratował jednych i, niestety, tracił innych, o kimś, kto czasem musiał zabijać albo nie dawał rady uratować. Ile koszmarnych rzeczy zrobił, nawet nienaumyślnie, przez niemal trzydzieści serii starych serii? Wiemy, ile zrobił przez ostatnie pięć. No i nie zapominajmy - bo scenarzystom najwyraźniej się udało - że ZABIŁ CAŁĄ SWOJĄ RASĘ. Najwyraźniej jednak dopiero teraz zauważono, że zachowuje się jak żołnierz, dopiero teraz zaczęto tworzyć przeciwko niemu armię (jakby już wcześniej samo słowo "doktor" nie przerażało połowy wszechświata) i dopiero teraz przydarzyła mu się prawdziwa klęska, czyli ZGUBIENIE NIEMOWLAKA. Proszę porównać dwa problemy wyróżnione caps lockiem i wyciągnąć wnioski. Nie mogę lubić tego odcinka, po prostu nie mogę. Potem, niestety, nie jest lepiej: w "Let's Kill Hitler" pierwsze spotkanie River i Doktora, tak szumnie zapowiadane i mające tak wielkie skutki, okazuje się być beznadziejnie nudne i naprawdę nie wiem, jakim cudem Doktor dokonał tak wielkiej przemiany w  jej psychice. Jedna dobra scena - Doktor i głosowy interfejs TARDIS - nie ratuje sprawy. "Night Terrors" jest dobre, "The Girl Who Waited" powraca do uczuć Amy więc jest bardzo, bardzo, bardzo złe, "The God Complex" niezłe, "Closing Time" zupełnie średnie, a finał... jak to finał, który ma jeden odcinek. Nie można satysfakcjonująco zamknąć tylu wątków w ciągu jednego odcinka. I tak Główna Zła, ta, która była praktycznie niepokonana w "A Good Man Goes to War", daje się zabić w kilka sekund, a Doktor ucieka śmierci za pomocą zwykłej przebieranki, co jest tak proste, że aż prostackie. I tyle, koniec serii, proszę się rozejść i czekać na siódmą.

Chyba mam prawo mieć złe przeczucia.

niedziela, 29 lipca 2012

Będzie to wpis wysnuty z frustracji i zawiedzionej nadziei, spleciony z wściekłości i rozpaczy, okraszony przekleństwami i doprawiony szczyptą docinków ad personam.
Będzie to wpis o "Poczekajce".


Od razu zaznaczam: nie brnęłam przez tę książkę tylko po to, żeby po niej pojechać (pojechanie zaczęłam planować dopiero w połowie lektury). Dawno, dawno temu przeczytałam wątek poświęcony tej autorce na pewnym forum, znalazłam tam również wiele bardzo negatywnych opinii o książce. Wtedy po raz pierwszy spróbowałam ją zmęczyć, ale ebook okazał się nieczytalny, poprzestałam więc na śledzeniu bloga autorki. Blog (tutaj, jeśli ktoś ma ochotę) zdawał się być zupełnie zwyczajny. Niepokojąca wydawała się tylko szybkość tworzenia kolejnych książek, ale dobra, Pilipiuk też pisze w tempie błyskawicznym, a da się go znieść. Dlatego też, kiedy trafiłam na tę powieść w bibliotece, postanowiłam dowiedzieć się ostatecznie - jak to jest z tą "Poczekajką"?
Nie muszę chyba dodawać, że tragicznie.
Tak tragicznie, że muszę wylać żal w internecie. To o czymś świadczy. Gdyby było lepiej, nie chciałoby mi się o tym pisać.
Streszczając fabułę, której przebieg i tak przewidzicie w połowie lektury: Patrycja Marynowska, młoda pani weterynarz, postanawia zamieszkać w Poczekajce, zadupiu we względnych okolicach Zamościa, żeby spotkać tam miłość swojego życia. A raczej kogoś, kogo sobie wyobraziła pod wpływem dużej ilości złej fantastyki i nalewki, którą oberwała na sabacie czarownic. Robi to wbrew woli matki, która ma koneksje i macki dłuższe niż szefowie mafii, a która chce mieć córcię cały czas pod kontrolą. Arturek, odrzucony adorator Patrycji, podsuwa mamusi specjalistę od uwodzenia i rzucania dziewcząt - że niby jak jej złamie serce to sama z płaczem wróci pod rodzicielskie skrzydełka. Dodam jeszcze, że w okolicy pęta się Gabriel, któremu kiedyś specjalista (imieniem Łukasz) uwiódł narzeczoną tuż przed ślubem, i który wskutek rozwalenia tejże narzeczonej głowy teraz zaniedbuje higienę osobistą i nienawidzi kobiet (taki Atos tylko dużo, dużo gorszy). Teraz już macie pełen obraz, możecie sami opisać sobie główny wątek.
Dobrze, jest to wszystko przewidywalne, ale dlaczego takie złe? Fabuła lekkiej i przyjemnej literatury babskiej nie musi być potwornie zaskakująca. A jednak całość lekka i przyjemna nie wyszła, "babska" też niezbyt, bo żadnej kobiecie bym tego nie poleciła. Wyliczając, jak Erast Pietrowicz Fandorin nauczył:

1. Język

Sam z siebie jest toporny i rozpaczliwie sili się na żartobliwość - trochę to straszne, jak ostatnie podrygi umierającej muchy. Wszystko to bardzo potoczne, tak bardzo, że momentami bardziej przypomina język domowy niż literacki - za wyrażenie "Patrysina cnota", użyte zresztą w rozmowie Tych Złych, ktoś powinien jakoś autorkę ukarać, takie rzeczy mogą uchodzić płazem. Sytuacji nie poprawia zapisywanie fonetycznie obcych języków i wtykanie żarcików w najbardziej dramatycznych scenach (o "jakapuście" tu mowa. Naprawdę, w chwili największej rozpaczy bohaterki takie dialogi nie powinny się zdarzać, chyba, że całą empatię czytelnika ma trafić szlag). W dodatku wszyscy bohaterowie mówią w ten sam sposób (poza Łukaszkiem w chwilach podrywu, ale nad tym będę się znęcać później). Tych Złych można odróżnić po tym, że bardziej klną. Może tylko mamusia bohaterki mówiła odrobinę sztywniej, a mieszkańcy wsi językiem dziewiętnastowiecznych chłopów. Reszta leciała językiem autorki. 
Język zmieniał się tylko przy scenach łóżkowych. 
Serca obojga łomotały coraz szybciej, z jednakim pragnieniem, które zaczęło zagarniać w posiadanie także ich ciała. Lecz jedno nie myślało o wypuszczeniu z objęć tego drugiego, a drugie nie pragnęło zostać uwolnione.
Ból pierwszego razu już dawno odszedł w niepamięć, teraz dwa ciała, dwie dusze, dwa serca, przeznaczone sobie od zawsze, gnały jak stado dzikich koni tam, gdzie czekało spełnienie.
Albo ja jestem wybredna, albo to jest poetyka rodem z harlequinów.


2. Bohaterowie

Najgorsza z nich wszystkich jest stanowczo Patrycja, która dwadzieścia pięć lat może mieć co najwyżej w marzeniach. Tylko jej nastolęctwem można wyjaśnić chociażby ubrdanie sobie Amrego - ukochanego, który najwyraźniej powstał na podstawie bohaterów powieści niejakiego Gabriela Mrocznego (proszę się nie śmiać z tego nieoczywistego i wcale nie kiczowatego pseudonimu). Gorzej, że w miarę trwania akcji ubrdanie zaczyna wyglądać na obsesję: dziewczę do ukochanego pisuje listy, wysyłając je na adres tego pisarza (beznadziejnie durny koncept. Dlaczego, do cholery, wysyłała je pisarzowi? Nie lepiej zachować, przepasać wstążeczką i wręczyć ukochanemu, kiedy już się go znajdzie? Podczas pisania nie miała pojęcia, kto jest jej wyśnionym wybrankiem. No ale racja, wtedy Gabriel nie mógłby dumnie wzgardzić tą korespondencją, co tam komu po logice, kiedy taka ładna scena by się zmarnowała). Dla szansy spotkania porzuca dom i pracę, ryzykuje mieszkanie w ruderze, byle tylko domek wyglądał identycznie jak w wizji, kiedy widzi faceta, który może być oczekiwanym ideałem, zakochuje się na śmierć... oczywiście, na popołudnie, potem zaczynają targać nią wątpliwości, bo koń w wizji był czarny, a w rzeczywistości - biały. Nie wiem, co gorsze, uwielbienie dla wymyślonego Amrego czy bezgraniczna wiara w majaki.
Oprócz tego obsesyjnego zakochania, dziewczę przejawia niezwykłą wprost bezmyślność. Szuka domku z wizji losując strony w atlasie i machając wahadełkiem. Wynajmuje dom bez oglądania go. Po zajrzeniu przez drzwi i stwierdzeniu, że się zapada, nie zamawia fachowca tylko przeprowadza się jak najszybciej. Wtedy jest bardzo zaskoczona przez klepisko i brak internetu, bo takich drobiazgów nie sprawdziła. Bez chwili namysłu zamienia samochód na konia, bo koń jest romantyczny. Przyjmuje pracę w zoo, uważając, że wąż jest pusty w środku... ale milcz, serce, weterynaria będzie w następnym punkcie.
Gdyby ktoś nadal miał złudzenia, że to dorosła kobieta, wspomnę o jej relacjach z matką. Dziewczyna jej nie znosi, czuje się przez nią tłamszona, bo mamusia wybiera jej pracę i mieszkanie, jest zdeterminowana, by wreszcie wyrwać się spod jej kurateli... i po oznajmieniu rodzicielce, że ucieka od niej na wieś, bardzo się dziwi i żałuje, że nie dostała od niej żadnych pieniędzy. Bo ona przecież taka biedna. Gratuluję postawy roszczeniowego nastolatka, naprawdę.
Acha, jeszcze coś. Patrycję bez wahania można zaliczyć w poczet rasowych Mary Sue, takich będących alter ego autorki. Po pierwsze, wszyscy uważają ją za piękną (chociaż sama o sobie myśli, że jest nieco za chuda, nie powinni więc się nią zachwycać przynajmniej wielbiciele kobiecych kształtów). Wszyscy też, bezpodstawnie, mają ją za genialnego weterynarza, są zachwyceni jej inteligencją i zauroczeni naiwnością, z bliżej mi nieznanych względów sądząc, że jest niezwykła. Cała wieś najpierw jej nienawidzi, potem kocha, wszyscy zwracają na nią uwagę, i to nie tylko podczas rajdu na narowistej kobyle, ale też w trakcie zwykłego spaceru. Kiedy odchodzi z pracy, nienawidzący wszystkich kierownik gadziarni mówi jej, jaka była wspaniała. No po prostu zjawisko. W dodatku wieczorami pisuje powieść, która zadziwiająco przypomina inną książkę pani Michalak, "Grę o Ferrin", mają też wspólny wyuczony zawód... Odrobinę to niepokojące.
Na zakończenie - przykład beztroskiej głupoty pani weterynarz:
(...)postaram się dotrwać do momentu, gdy przybędziesz, jak mam to obiecane w wizji: w czarnej koszuli, czarnych bryczesach, na czarnym rumaku, z czarnym rozwianym włosem. Czy Ty jesteś w żałobie? 
Na zawsze twoja
Ana 

Następny w kolejce jest Łukasz, rasowy uwodziciel. Podobno szalenie przystojny, nie potwierdzam, bo mi ten typ nie odpowiada. Gorzej, że jest zwykłym, niewychowanym bucem. Jedyne, czym może uwodzić, to wygląd - ale wbrew temu, co sugeruje autorka, nie każda kobieta sika w majtki na widok takiego mężczyzny. Niektórym się w ogóle nie spodoba, bo nie ten typ. Niektóre spojrzą, zainteresują się, zamienią z nim kilka słów i uciekną w popłochu, widząc, że mu fasada rozpada się z trzaskiem i jako żywo wygląda zza niej pysk zły i obrzydliwy. Pierwsza jego rozmowa z Patrycją wygląda jak dialog zauroczonej nastolatki z wariatem. 
- Witaj, rusałko. Zjawiłaś się, by zwieść mnie nad skraj leśnego jeziorka i porwać w odmęty?
- Ja... eee... yyy... za krową. 
Potem Łukasz zrzuca maskę wariata, ale momentami zachowuje się tak koszmarnie, że nikt się chyba nie dziwi, gdy nie może zdobyć cnoty swego celu. Z resztą, taki pustak jak Patrycja, dla którego liczy się głównie wygląd, mógłby na niego polecieć. Dlaczego jednak ulega mu nawet jej matka, kobieta raczej inteligentna, opanowana i dojrzalsza? Dlaczego po pierwszym spojrzeniu na niego jest oszołomiona, dlaczego na najlżejszy dotyk reaguje westchnieniami pełnymi rozkoszy, dlaczego, do kurwy nędzy, prawniczka, wytrawna intrygantka, leci bez opamiętania na faceta, którego sama wynajęła?! 

Wisienką na torcie pozostaje Gabriel, dumny i chmurny, traktowany przez swych "przyjaciół" (cudzysłów dodaję, bo żadne z nich nie raczy napomknąć nikomu, że ten prawie mord na narzeczonej był niezamierzony) jako uosobienie szlachetności i innych cnót, rozkochujący w sobie Patrycję mimo tego, że traktuje ją jak śmiecia. O, własnie, pierwsza skaza - Patrycję, a z relacji innych wynika, że również wszystkie inne kobiety, uważa za szmaty i zgodnie z tym się do nich odnosi. Dlaczego? A bo jego narzeczona puściła się z innym. Dlaczego zmienia zdanie i staje się księciem z bajki? Bo dowiaduje się, że narzeczona puściła się pod wpływem niecnie dodanej do jej drinka pigułki gwałtu. Gdyby puściła się z własnej woli, dla rodzaju niewieściego nie byłoby wybaczenia. Idealny kandydat na męża, nieprawdaż? Dodatkowo, z powodu swej szlachetności, opiekuje się chorą umysłowo narzeczoną. Jeśli przez słowo "opiekuje" rozumiemy "daje jej żreć i puszcza samopas po okolicy", bo dokładnie to robi nasz hrabia. Jest bogaty, stać go na duży, porządny dom i pielęgniarkę, nawet kilka. Stać go na odpowiednią opiekę i zapewnienie jej rozrywek mimo kontroli, ale nie, po co. Dziewczyna ma dostęp nawet do alkoholu, zapałek i trutki na szczury, nic dziwnego, że w końcu ktoś na tym ucierpiał - dziwię się raczej, że wypadków nie było wcześniej. Zaczynam się wręcz zastanawiać, czy Gabriel w ten sposób nie chciał się pozbyć tego niewygodnego balastu, bo nie robi dokładnie nic, żeby pomóc chorej albo chociaż bronić jej przed samą sobą.

Pozostają jeszcze postaci - chodzące stereotypy. Berenika, charakteryzująca się tym, że jest Tajemnicza i jest wiedźmą. Aureliusz, charakteryzujący się tym, że jest Stary i Mądry. Janka, charakteryzująca się tym, że jest chora i jej poczynania nie mają najmniejszego sensu. Arturek, charakteryzujący się tym, że jest Podły i Bezwględny. Dziękuję, to wszystko, co można o nich napisać.

3. Weterynaria

Od razu piszę: nie jestem specjalistką od zwierząt, nie skończyłam weterynarii, wszystko, co napiszę, będzie na chłopski rozum. Czepiam się, bo po przeczytaniu książki mam wrażenie, że autorka albo spała na studiach, albo zignorowała wszystko co wie, żeby było śmieszniej. Nie jest. Jest przerażająco. 
To stanowczo nie jest śmieszne, kiedy ksiądz - zootechnik i kierownik hodowli - olewa opinię lekarza i podrzuca chorej żyrafie naparstnicę, "bo mu wyglądało na niewydolność serca". Albo kiedy Genialna Patrycja diagnozuje stada zwierząt... oglądając je z bezpiecznej odległości. Pantera ciężko oddycha? Popatrzmy i dajmy jej antybiotyk. Żółw nie chce jeść? Popatrzmy i posłuchajmy koleżanki, po czym wpiszmy mu diagnozę po łacinie, żeby nikt nie wiedział, że my też nie wiemy co mu jest. Ptak okulał? Popatrzmy na nogę, popatrzmy w niebo i zalećmy zastrzyki, bo nie mamy pojęcia co to jest.
Jeszcze straszniej się robi, kiedy Patrycja tuż po otrzymaniu pracy uczciwie przyznaje, że nie ma pojęcia o anatomii węży. Wiedząc, że węży w tym zoo jest w cholerę. Potem szuka pomocy w leczeniu małpy pigmejki w tekście o małpiatkach, co jest mniej więcej tak sensowne, jak leczenie szympansa na chorobę dotykającą wyłącznie lemury.
Nieco załamujące są też fragmenty pokazujące wiedzę samej autorki. Jest sobie scena, kiedy Patrycja idzie przez wieś ze swym Pandą-psem. Okoliczne psy szczekają na nich ile wlezie, ale Panda nie odpowiada. Dlaczego? Bo ma taką długą grzywkę, że ich nie widzi...

4. Zakończenie

Dobre zakończenie nie uratowałoby tej książki, ale mogłoby chociaż trochę naprawić wrażenie, jakie zostawia. I w pewnym momencie na to właśnie wyglądało. Wiara Patrycji w marzenia została złamana, radosna bezmyślność wyglądała na zniszczoną, bohaterka miała szansę dorosnąć, znaleźć sobie normalnego faceta i pracę, którą umiałaby wykonywać.
I wtedy przyjechał Gabriel na białym koniu. Przeprosili się, pocałowali, żyli długo i szczęśliwie, siłą swej miłości naprawiając nawet złego Łukaszka.

Więc nie, dla tej książki nie ma nadziei. Nie można polecić jej nikomu, z resztą, pani Michalak i tak ma tłumy fanek, więcej jej nie trzeba. "Poczekajka" jest po prostu tragicznie, rozpaczliwie zła, i tą konkluzją wypada mi zakończyć.